Przejdź do głównej zawartości

Wilkie Collins - Tajemnica mirtowego pokoju [recenzja]


Pierwsza połowa XIX wieku. Umierająca lady Treverton wymusza na swojej pokojówce napisanie listu, w którym przyznaje się mężowi do pewnej tajemnicy. Przed śmiercią zobowiązuje kobietę do dwóch rzeczy - nie wyniesie listu z zamku, ani go nie zniszczy, ponieważ wie, że w jej interesie byłoby właśnie takie działanie. Przerażona służąca ukrywa pismo w pokoju zwanym mirtowym, po czym ucieka z zamku przed wszelkimi pytaniami. Piętnaście lat po tych wydarzeniach córka Trevertonów, Rosamond, bierze cichy ślub z niewidomym szlachcicem Leonardem, który jest obecnym właścicielem jej rodzinnej posiadłości. Po życiowych zawirowaniach miało nie być na ich wspólnym niebie ani jednej zakłócającej harmonię chmurki. Nie mogli się spodziewać, że niedługo będą musieli stawić czoła burzy...
(...) - jak możesz wątpić, co się stanie potem? Czyż nie jestem kobietą? I czy nie zabroniono mi wchodzić do Pokoju Mirtowego? Lenny! Lenny! Czyżbyś tak mało znał połowę ludzkości, do której należę, aby nawet przez chwilę zastanawiać się, co zrobię, gdy tylko odkryję taki pokój? Ma się rozumieć, kochanie, że zaraz do niego wejdę.

Tajemnica bez tajemnic

Tytułowa tajemnica mirtowego pokoju nie stanowi dla czytelnika zbyt długo pełnej zagadki. Podsuwane przez autora tropy i sugestie dają jasny i czytelny sygnał co do natury problemu, z którym musiała zmierzyć się służąca uciekająca pewnej nocy z Porthgenna Tower. Jeśli obawiacie się, że przez to historii brak napięcia potrzebnego by utrzymać Waszą uwagę, uspokajam. Zdecydowanie te kilkadziesiąt stron niepewności w zupełności wystarczy, by przykuć uwagę czytelnika do fabuły. Skoro nie tajemnica jest wabikiem, to na co postawił autor?

Opisy idealne

Niezaprzeczalnym atutem tej lektury są zawarte w niej opisy dotyczące przede wszystkim charakterów postaci. Chyba po raz pierwszy w życiu zachwycałam się do tego stopnia całymi akapitami tekstu opisującego czy to osobę, czy jej zachowanie w danej chwili. Dzięki temu mogłam wyobrazić sobie bardzo dokładnie wszystkich omawianych bohaterów, którzy pośrednio i bezpośrednio byli zainteresowani poznaniem sekretu lady Treverton. Umożliwienie czytelnikowi tak dokładnego i wiernego wyobrażenia sobie nie tylko ich wyglądu, ale i usposobienia i możliwych reakcji było według mnie celowym zamysłem autora i sensem tej powieści. Dlaczego?

Pokusy i słabości

Ponieważ to właśnie o reakcje poszczególnych postaci w tej historii chodzi. Dlatego tak długo ich poznajemy, czekamy aż najpierw odkryją, a potem przeczytają list z pokoju mirtowego - by móc zobaczyć, jak naprawdę zachowają się w obliczu wiedzy, którą posiądą. Skonfrontowani zostaną z wyjątkowo wielkimi pokusami. Czy okażą się równie kochający, uczciwi i szlachetni, jak sądzą, że są? Czekałam na ten moment sama będąc świadomą na długo przed tym konkretnym fragmentem, czego w końcu niewątpliwie się dowiedzą. W tej historii brak typowo czarnego charakteru, to własne słabości zagrażają Rosamond i Lenny'emu, ale nie tylko im.

Flegmatyczność i puszczanie oczka

Nie da się ukryć, że tempo akcji jest wręcz flegmatyczne, a styl znacząco różni się od tego, w jakim pisane są współczesne powieści. W żadnym wypadku nie czynię z tego zarzutu, jednak warto mieć świadomość tego, że Collins po raz pierwszy wydał tę powieść w 1851 roku. Z tego względu stosunkowo krótką książkę czytałam dłużej niż podobnej długości lektury i całe szczęście, ponieważ czas z nią spędzony był czystą przyjemnością. Poza interesującymi opisami, (na które na co dzień narzekam), bardzo podobały mi się humorystyczne akcenty, takie puszczanie oczka do czytającego. Collins podkpiwał ze swoich bohaterów, miejscami uwypuklał jakieś zabawne cechy ich charakteru, jednocześnie robił to z klasą i nienachalnie, co tylko potęgowało efekt.

Jeśli więcej niż jedna osoba zna jakąś tajemnicę, to przestaje być ona tajemnicą. Kiedy spisany sekret ukrywa się choćby i w niezamieszkanej części zamku, prędzej czy później poznaje się siłę prawa Murphy'ego. Przy okazji można dowiedzieć się wiele o ludziach jako takich, a to pouczające doświadczenie.  Przeżyj je wraz z bohaterami tej powieści, na pewno nie pożałujesz.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu MG.

Autor: Wilkie Collins
Tytuł: Tajemnica mirtowego pokoju
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 368
Tłumaczenie: Joanna Wadas

Komentarze

  1. Książka nie dla mnie, ale... cieszę się, że jestem pierwszym komentującym! Jestem taki wzruszony z tego powodu, że nie wiem co napisać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię powieści historyczne. Chyba kiedyś po nią sięgnę.

    Pozdrawiam.
    Kasia z Ebookowych recenzji
    http://ebookowe-recenzje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz, że nie moje klimaty, ale te plastyczne opisy całkiem kuszą. Lubię, kiedy autor potrafi wzbudzić wyobraźnię czytelnika i przywoływać obrazy swoimi słowami. ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie lubię kiedy fabuła osadzona jest w tak odległej przeszłości, więc nie skuszę się na tę książkę. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mimo że zazwyczaj narzekam na brak wartkiej akcji, mam przeczucie, że w przypadku tej powieści swoista powolność nie będzie mi przeszkadzać. Chętnie sięgnę po tę książkę również dlatego, że brakuje mi historii pisanych dawnych językiem, mających dekady istnienia za sobą :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z jednej strony uwielbiam fabułę z tajemnicą na czele, z drugiej obawiam się flegmatycznej akcji, bo mam do takowych uraz. Nie spieszno mi do tej powieści więc, choć pięknie ją opisałaś.

    Tak na marginesie,okładka jakoś przypomina mi tę z "Legendarnej posiadłości" Heather Graham. Mając w sobie coś, co je łączy :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślałam, że książka będzie mi się podobać, ale użyłaś słowa "flegmatyczne" i magia się skończyła :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Właśnie wczoraj, książka trafiła na moją półkę

    OdpowiedzUsuń
  9. Będę ją miała na uwadze! Bardzo zachęcająca recenzja :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Przeczytałeś/aś posta? Wyraź swoje zdanie na jego temat w komentarzu, będzie mi bardzo miło:)

Usuwam spam oraz treści obraźliwe.

Obserwatorzy

Może Cię zainteresować również

Helena Waszniewska - Udomowiona. Nigdy nie poddam się [recenzja przedpremierowa]

Alicja marzyła o tym samym, co spora część kobiet - chciała stworzyć dom pełen miłości dla siebie i swojego synka. Mieć rodzinę, w której nie będzie zawadzać, gdzie będzie mogła być matką, żoną i po prostu sobą. Być może dlatego tak szybko zdecydowała się na małżeństwo bądź co bądź z rozsądku. Co prawda Łukasz był sympatyczny i wyraźnie w nią wpatrzony, jednak ich znajomość była  głównie korespondencyjna, w czasach sprzed internetu i telefonów komórkowych. Alicja mimo wszystko zdecydowała się na ten krok, z którym łączyła się wyprowadzka do innego miasta. Chciała mieć rodzinę i zamierzała dać z siebie wszystko, by ją stworzyć. Łukasz też chciał, by im się udało. W takim razie dlaczego kobieta tyle razy musiała powtarzać sobie "Nigdy się nie poddam"? Czy nawet najszczersze chęci nie są wstanie pokonać prozy życia? W którym momencie można było powiedzieć "pas"? I czy winą powinno się obarczać tylko jedną stronę?
Książka licząca ponad pięćset stron, będąca pierwszym …

Laura Adori - Przebudzenie Lukrecji [recenzja]

Lukrecja mieszka i pracuje we Włoszech. Zbliżająca się do czterdziestki kobieta postanawia całkowicie odmienić swoje życie - rzuca pracę i po wieloletniej nieobecności wraca do Warszawy. Zatrzymuje się tymczasowo u swojej przyjaciółki. Nie ma planu, no, może poza takim, że chciałaby wreszcie znaleźć blondynowatego mężczyznę, którego przepowiedziała jej włoska tarocistka. Nawet trafia się jeden kandydat, nic to, że włosy się nie zgadzają, ważne są chęci! Poza zaplanowanym romansem pojawia się też nieplanowany pomysł na apetyczny biznes. Co z tego wyniknie?
- My nigdy nie jesteśmy zanurzone na maksa w jednej chwili, w jednej rzeczy. Ciągle coś przewidujemy, przypuszczamy. To kobiece przekleństwo. Wiem. Wiem, że część z Was po przeczytaniu opisu stwierdziła "ale to już było". No bo czy nie czytałyście już masy książek o "zmianie życia, rzuceniu pracy i nowym związku"? Uwierzcie mi, że Lukrecja, a raczej Laura Adori ma dla Was coś więcej niż schematyczną historyjkę o s…

Bloglovin

Follow