Przejdź do głównej zawartości

PigOut - Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera [recenzja]

Lubicie czytać blogi? No dobra, wiem, że lubicie. W gąszczu różnych stron możemy znaleźć również te z komentarzami do otaczającej nas rzeczywistości, pisane z humorem i przymrużeniem oka. Jeden z takich blogów prowadzi Pigout, i robi to od 2015 roku. Choć sam na wstępie swojej książki przyznaje, że kiedyś niezbyt pochlebnie pisał o blogerach wydających swoje myśli na papierze, to i on stał się jednym z nich. Świnia ryje w sieci to pierwsza tego typu publikacja, po którą sięgnęłam.

Przed otrzymaniem maila od wydawnictwa z propozycją przesłania tytułu do recenzji, nie słyszałam wcześniej o Pigoucie. Nie słyszałam, choć próbkę jego twórczości poznałam już w styczniu tego roku. Na Facebooku można było wtedy przeczytać kilka podpunktów opisujących sylwestrowe opcje, a wśród nich jeden, z którego zaśmiewałyśmy się wtedy z koleżanką: 
Sylwester z Jedynką/Dwójką/TVN-em/Polsatem - przy występie Kombi zdajesz sobie sprawę, że przegrałeś życie, po czym idziesz wziąć kąpiel z włączoną suszarką.
(Już wiecie,  jak spędziłam wieczór 31 grudnia zeszłego roku). Nie pamiętam, czy wtedy był podany autor tych słów, czy było to "pożyczenie" czyjejś treści, w każdym razie nie trafiłam wtedy na witrynę Pigouta. Po lekturze książki mogę powiedzieć tylko tyle, że teraz z pewnością to nadrobię. Zanim przejdziemy dalej, chciałabym  tylko zaznaczyć, że po lekturze książki i  przejrzeniu bloga nie odniosłam wrażenia, żeby treści znacząco się pokrywały. Kilka rozdziałów można znaleźć na stronie, nie jest to jednak wydrukowany blog.

O czym więc przeczytamy w Świnia ryje w sieci? W zasadzie o wszystkim - między innymi  o polityce (można powiedzieć, że bezstronnie, za co już autora lubię), o pracy w korporacji, o urokach bycia właścicielem psa, o codzienności faceta będącego w związku, mającego poza pracą też życie prywatne, a także o kulturze masowej. Jest też o internecie, a tekst o radach modelek lajfstajlowych należy do moich ulubionych. Wszystko napisane na luzie, bez przyjmowania pozycji "jestę blogerę co wydał książkę, mnie się słuchajcie". Jest to raczej zbiór anegdot, które mógłby Ci opowiedzieć spostrzegawczy kolega z dużym poczuciem humoru, który chciałby Cię rozbawić. Muszę napisać, że w paru miejscach żarty były trochę za bardzo dociśnięte, tak o jeden dowcip za dużo, ale to moje subiektywne zdanie, które nie rzutuje na odbiór całości. Bo ta według mnie prezentuje się zacnie.

Książka została podzielona na cztery części: Świnia ryje w sieci, Świnia na czerwonym dywanie, Świnia we własnym korytku i Świnia w podróży. Łatwo domyślić się, czego dotyczyły poszczególne rozdziały. Niektóre z nich miały przypis o dacie i okolicznościach powstania tekstu. Mimo dość dużej czcionki i interlinii (na moje oko) 1,5 nie odniosłam wrażenia, jakby próbowano sztucznie rozdmuchać treść na większą ilość stron. Bardziej służyło to chyba stylizacji tekstu na blogowy wpis, co według mnie było dobrym pomysłem. Co zaś się tyczy okładki i hasła "z pamiętnika hejtera"...

...to chciałoby się zawołać, że ktoś tu hejtu chyba nigdy na oczy nie widział. Pigout nie jest hejterem, przynajmniej w mojej ocenie w zasadzie żaden z tekstów z tej książki nie otarł się o hejt. Ironia, sarkazm, prześmiewczy styl - tego nie brakuje. Wszystko jednak podane w tak sympatycznej formie, że ani razu nie poczułam, by autor choć zbliżył się do granicy dobrego smaku i tego, o czym nie wypadałoby jednak pisać. Sądząc po ocenach na LC, nie jestem w tej opinii osamotniona. Niektóre jego teksty warto byłoby brać bardziej z przymrużeniem oka niż dosłownie, ale to normalne w sytuacji, gdy ktoś posługuje się sarkazmem (z tego co widziałam w sieci na temat tej książki, nie dla każdego:P).

Podsumowując: do mnie humor prezentowany przez Pigouta trafił, a przy lekturze bawiłam się świetnie. Książka z pewnością sprawdzi się u mnie jako antidotum na gorszy dzień, ponieważ na pewno jeszcze nie raz do niej wrócę. Blogowi i fanpage'owi autora również mówię stanowcze "chyba tak!".

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Edipresse.

Komentarze

  1. Ja w ogóle nie słyszałam o tym blogerzy. To książka raczej nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaciekawiłaś mnie. Też nie znałam tego bloga, ale zaraz go wyszukam.
    A ten "hejt" w tytule może miał za zadanie przykuć uwagę czytelników.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chętnie sprawdzę czy humor autora i mnie przekona ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na pierwszy rzut oka wygląda dość odstręczająco, jakby już samym tytułem autor ogłaszał wszem i wobec, że należy do loży szyderców i unosi się nad wszystkich (tytuł mimo wszystko przynajmniej u mnie buduje taki odbiór). I gdybym nie przeczytała Twojej recenzji, pewnie nie pomyślałabym nawet, że taka książka mnie zainteresuje. Teraz naprawdę mam ochotę to przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, jak do mnie przyszła i przeczytałam to, co jest na okładce, to pomyślałam "no pięknie się władowałaś". Sądziłam, że jeśli skrytykuję książkę zawodowego hejtera to mogę się nie pozbierać ;) a po lekturze sama się ze swoich obaw śmiałam :) zajrzyj na jego FB i sprawdź, czy taki humor Ci odpowiada, będziesz wiedzieć, czy szukać książki;)

      Usuń
  5. Podoba mi się ten misz-masz zawarty w książce :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zaintrygowała mnie ta pozycja :D Lubię książki pisane w takim stylu ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie przekonują mnie książki pisane przez celebrytów, jutuberów i blogerów, więc pewnie i po ten tytuł nie sięgnę. Nie znam autora, jego strony również i na razie nie kusi mnie, żeby ten stan rzeczy zmienić :) Ale cieszę się, że Ty miło spędziłaś przy książce czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro tak to nie jest to tytuł po który sięgniesz;)

      Usuń
  8. Fajna inicjatywa i spoko, że na luzie. Ale zbyt dużo książek do przeczytania, żeby tą sobie zawracać jeszcze głowę. Niemniej jednak plus dla Ciebie, że pomagasz wypromować kolegę - to zawsze jest mile widziane. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PigOut z tego co widzę świetnie promuje się sam, ja po prostu miałam okazję przeczytać relaksującą książkę;)

      Usuń
  9. Tym razem książka nie dla mnie, ale najważniejsze, że Tobie się spodobała. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
  10. Też wcześniej o tym blogerze nie słyszałam, ale przyznam, że mnie takie rzeczy bawią jedynie do czasu. Potem mam wrażenie, że występuje już zmęczenie materiału - albo ze strony blogera, albo z mojej, bo już nie reaguję na stare żarty tak, jak wcześniej. Kiedyś bawiło mnie Make Life Harder, ale w tej surowej, pierwotnej wersji, bo potem jak przyszła ogromna sława, to jakoś mam wrażenie, że faceci się zagubili z tym, w którą stronę chcą iść ze swoimi tekstami. ;/
    Kupić pewnie nie kupię, ale może kiedyś w księgarni przejrzę książkę i sprawdzę, czy humor tego pana do mnie trafia. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie słyszałam o tym blogerze, nie jestem przekonana , czy to książka dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Przeczytałeś/aś posta? Wyraź swoje zdanie na jego temat w komentarzu, będzie mi bardzo miło:)

Usuwam spam oraz treści obraźliwe.

Obserwatorzy

Może Cię zainteresować również

Jarosław Wilk - Pan Wilk i tajemnice tajemnic [recenzja]

Pan Wilk tak jak i w poprzedniej części trylogii mieszka w Wilczkowie sam, kocha swoją córkę, nie stroni od dobrej kuchni, wina, kobiet i wypadów z kolegami. I tym razem nie zabraknie jego ciętego języka, ciekawych historii i kolejnych przedstawicielek płci pięknej. Czy cokolwiek uległo zatem zmianie? Zmienił się Wilk, więc tak naprawdę zmieniło się wszystko. 
Nie tak dawno miałam okazję podzielić się z Wami wrażeniami po lekturze książki Pan Wilk i kobiety, erotyka, który zrobił na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Bez wahania sięgnęłam po drugi tom serii, spodziewając się lektury bezproblemowej w odbiorze, o jasno określonej tematyce i nieskomplikowanym przebiegu.  Czy to dostałam? Mówiąc językiem Wilka, dałam się zrobić w... Sami wiecie co. I w ogóle tego nie żałuję.
Nie będę ani trochę oryginalna pisząc, że charakter drugiej części mocno mnie zaskoczył. O ile Wilk w poprzednim tomie niemal rzucał się na kolejne nieznajome, by zatapiając się w nich zapomnieć o tym, co go bo…

Wilkie Collins - Tajemnica mirtowego pokoju [recenzja]

Pierwsza połowa XIX wieku. Umierająca lady Treverton wymusza na swojej pokojówce napisanie listu, w którym przyznaje się mężowi do pewnej tajemnicy. Przed śmiercią zobowiązuje kobietę do dwóch rzeczy - nie wyniesie listu z zamku, ani go nie zniszczy, ponieważ wie, że w jej interesie byłoby właśnie takie działanie. Przerażona służąca ukrywa pismo w pokoju zwanym mirtowym, po czym ucieka z zamku przed wszelkimi pytaniami. Piętnaście lat po tych wydarzeniach córka Trevertonów, Rosamond, bierze cichy ślub z niewidomym szlachcicem Leonardem, który jest obecnym właścicielem jej rodzinnej posiadłości. Po życiowych zawirowaniach miało nie być na ich wspólnym niebie ani jednej zakłócającej harmonię chmurki. Nie mogli się spodziewać, że niedługo będą musieli stawić czoła burzy...
(...) - jak możesz wątpić, co się stanie potem? Czyż nie jestem kobietą? I czy nie zabroniono mi wchodzić do Pokoju Mirtowego? Lenny! Lenny! Czyżbyś tak mało znał połowę ludzkości, do której należę, aby nawet przez ch…

Bloglovin

Follow