Peety. Pies, który uratował mi życie.


Co tu dużo mówić - grafik postarał się, żeby obok tej książki nie dało się przejść obojętnie. Do tego dołóżmy wołające "-60kg" i mamy naprawdę ciekawie zapowiadającą się historię o zmianie życia. Czy opowieść Erica rzeczywiście wciąga? Od razu zdradzę, że tak.

Dzień, który zmienił życie tego mężczyzny nie może przytrafić się każdemu, bo i nie każdy jest tak otyły, że potrzebuje specjalnych pasów w samolocie, no i nie dla każdego otyłego mężczyzny tych pasów zabraknie, przez co opóźnia start i ściąga na siebie gniew współpasażerów. Stan ducha Erica najlepiej zobrazuje fakt, że w mieszkaniu miał specjalny pokój, do którego wrzucał zużytą bieliznę, a nową zamawiał przez internet. Wyobraźcie sobie całą górę niepranych gaci - czy może być coś dobitniej pokazującego miejsce, w jakim stanął w swoim życiu nasz bohater? I kiedy Eric zjadł dwie ogromne pizze i zaczął modlić się o śmierć, przeżył coś co sprawiło, że postanowił jeszcze jeden raz o siebie zawalczyć. Udał się do lekarki, która zaleciła mu dietę roślinną i... adopcję psa. Zwierzę dla mężczyzny, który nie prał nawet własnej bielizny? A jednak. W życiu Erica pojawił się Peety. 

Historia Erica jest na swój sposób piękna. Samotny starszy już mężczyzna zaczyna żyć na nowo, odnajduje sens, motywację, miłość i tak ważną radość z życia. Z ogromnego, z trudem poruszającego się człowieka stał się bardzo wysportowanym, zadbanym i szczęśliwym mężczyzną znającym swoją wartość. Jest to też łapiąca za serce opowieść o przyjaźni łączącej go z psem, który co ciekawe w momencie adopcji odzwierciedlał swojego nowego opiekuna - był starszy, otyły, niechętnie się ruszał i był zły na cały świat. Całości dopełniają załączone zdjęcia potwierdzające prawdziwość historii. Książkę czyta się bardzo płynnie, choć  momentami już nużyły mnie opisy kolejnych przyrządzanych posiłków, do tego po pewnym czasie według mnie bohater nieco zafiksował się na nowym stylu życia, ale wiadomo, co kto lubi.

Mimo że nie dogadałabym się z Ericiem wierzącym, że to Bóg kazał mu się owego pamiętnego wieczoru wziąć za siebie i natchnął go do wizyty u pani doktor, do tego bardzo restrykcyjnie podchodzącym do swojego żywienia, to wciąż jestem pod wrażeniem tego, co udało mu się dokonać. Nie chodzi mi nawet o te zgubione kilogramy - mam na myśli zmianę jego wnętrza i odnalezienie radości z każdego kolejnego dnia. I właśnie to nadaje tej książce największej wartości i sprawia, że warto po nią sięgnąć. 

Egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa Kobiecego.

Przekład Kinga Markiewicz.


Komentarze

  1. No, proszę. A w życiu bym nie pomyślała, że to może być taka ciekawa historia. Widząc okładkę z psiakiem, uciekłabym gdzie pieprz rośnie. Nie lubię psów, więc założyłabym, że to kolejna historia o tych zwierzakach. Ja z kolei lubię czytać o jedzeniu, nawet jak sama za nim nie przepadam;) Czytam każdy Twój wpis na Instagramie, ale znowu mi się zepsuła opcja polubienia i komentowania:( Cieszę się, że zauważyłam nowe posty na Twoim blogu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarz, który w żadnym stopniu nie nawiązuje do treści posta, nie przechodzi przez moderację. Zero tolerancji dla spamu.

Komentarze na temat są bardzo mile widziane. Konstruktywna krytyka również :)

Popularne posty z tego bloga

Marta Kieniuk-Mędrala - Rozmiar szczęścia nie daje. O zaburzeniach odżywiania i nie tylko

Ich języki splatały się niczym wodorosty, czyli co ja przeczytalam.

Ian McEwan - W imię dziecka

Obserwatorzy

Jestem na Instagramie